Czemu, o dziecię, nie hasasz na kijku , nic bawisz się lalką, much nie mordujesz, nie wbijasz na pal motyli, nie tarzasz się po trawnikach, nie kradniesz łakoci, nie oblewasz łzami wszystkich liter od A do Z? - Królu much i motyli, przyjacielu poliszynela, czarcie maleńki, czemuś tak podobny do aniołka? - Co znaczą twoje błękitne oczy, pochylone, choć żywe, pełne wspomnień, choć ledwo kilka wiosen przeszło ci nad głową? - Skąd czoło opierasz na rączkach białych i zdajesz się marzyć, a jako kwiat obarczone rosą, tak skronia twoje obarczone myślami?
 
A kiedy się zarumienisz, płoniesz jak stulistna róża i pukle odwijając w tył wzroczkiem sięgasz do nieba - powiedz, co słyszysz, co widzisz, z kim rozmawiasz wtedy? - Bo na twe czoło występują zmarszczki, gdyby cieniutkie nici płynące z niewidzialnego kłębka - bo w oczach twoich jaśnieje iskra, której nikt nic rozumie - a mamka twoja płacze i woła na ciebie, i myśli, że jej nie kochasz - a znajomi i krewni wołają na ciebie i myślą, że ich nie poznajesz - twój ojciec jeden milczy i spogląda ponuro, aż łza mu się zakręci i znowu gdzieś przepadnie.
 
Lekarz wziął cię za puls, liczył bicia i ogłosił, że „masz nerwy”. - Ojciec Chrzestny ciast ci przyniósł, poklepał po ramieniu i wróżył, że będziesz obywatelem pośród wielkiego narodu. - Profesor przystąpił i macał głowę twoją, i wyrzekł, że masz zdatność do nauk ścisłych. - Ubogi, któremuś dał grosz, przechodząc, do czapki, obiecał ci piękną żonę na ziemi i koronę w niebie. - Wojskowy przyskoczył, porwał i podrzucił, i krzyknął: „Będziesz pułkownikiem.” - Cyganka długo Czytała dłoń twoją prawą i lewą, nic wyczytać nie mogła, jęcząc odeszła, dukata wziąć nie chciała. - Magnetyzer palcami ci wionął w oczy, długimi palcami twarz ci okrążył i przeląkł się, bo czuł, że sam zasypia. - Ksiądz gotował się do pierwszej spowiedzi i chciał ukląc przed tobą jak przed obrazkiem. - Malarz nadszedł, kiedyś się gniewał i tupał nóżkami, nakreślił z ciebie szatanka i posadził cię na obrazie dnia sądnego między wyklętymi duchami
 
Tymczasem wzrastasz i piękniejesz - nie ową świeżością dzieciństwa mleczną i poziomkową, ale pięknością dziwnych, niepojętych myśli, które chyba z innego świata płyną ku tobie - bo choć często oczy masz gasnące, śniade lica. zgięte piersi każdy, co spojrzy na ciebie, zatrzyma się i powie: „.Takie śliczne dziecię.” - Gdyby kwiat, co więdnie, miał duszę z ognia i natchnienie z nieba. gdyby na każdym listku, chylącym się ku ziemi. anielska myśl leżała miasto kropli rosy, ten kwiat byłby do ciebie podobnym, o dziecię moje- może takie bywały przed upadkiem Adama.
 
Cmentarz - Mąż i Orcio przy grobie w gotyckie filary i wieżyczki
 
MĄŻ
Zdejm kapelusik i módl się za duszę matki.
 
ORCIO
Zdrowaś Panno Maryjo, łaskiś Bożej pełna, Królowa niebios, Pani wszystkiego, co kwitnie na ziemi, po polach, nad strumieniami...
 
MĄŻ
Czego odmieniasz słowa modlitwy? - Módl się jak cię nauczono, za matkę, która dziesięć lat o tej właśnie godzinie skonała.
 
ORCIO
Zdrowaś Panno Maryjo, łaskiś Bożej pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś między Aniołami i każdy z nich, kiedy przechodzisz, tęczę jedną z skrzydeł swych wyziera i rzuca pod stopy Twoje. - Ty na nich, jak gdyby na falach...
 
MĄŻ
Orcio!
 
orcio
Kiedy mi te słowa się nawijają i bolą w głowie tak, że proszę Papy, muszę je powiedzieć.
 
MĄŻ
Wstań, taka modlitwa nie idzie do Boga. - Matki nie pamiętasz - nie możesz jej kochać.
 
ORCIO
Widuję bardzo często Mamę.
 
MĄŻ
Gdzie, mój maleńki?
 
Orcio
We śnie, to jest, niezupełnie we śnie, ale tak, kiedy zasypiam, na przykład zawczoraj.
 
MĄż
Dziecko moje, co ty gadasz?
 
Orcio
Była bardzo biała i wychudła.
 
Mąż
A mówiła co do ciebie?
 
Orcio
Zdawało mi się, że się przechadza po wielkiej i szerokiej ciemności, sama bardzo biała, i mówiła:
Ja błąkam się wszędzie,
Ja wszędzie się wdzieram,
Gdzie światów krawędzie,
Gdzie aniołów pienie,
I dla ciebie zbieram
Kształtów roje,
O dziecię moje!
Myśli i natchnienie.
 
I od duchów wyższych,
I od duchów niższych
Farby i odcienie,
Dźwięki i promienie
Zbieram dla ciebie,
Byś ty, o synku mój,
Był, jako są w niebie,
I ojciec twój
Kochał ciebie.
 
Widzi Ojciec, że pamiętam słowo w słowo - proszę kochanego Papy, ja nie kłamię.
 
Mąż
opierając się o filar grobu
Mario, czyż dziecię własne chcesz zgubić, mnie dwoma zgonami obarczyć?.. Co ja mówię? - Ona gdzieś w niebie, cicha i spokojna, jak za życia na ziemi - marzy się tylko temu biednemu chłopięciu.
 
Orcio
I teraz słyszę głos jej, lecz nic nie widzę.
 
Mąż
Skąd - w której stronie?
 
Orcio
Jak gdyby od tych dwóch modrzewi, na które pada światło zachodzącego słońca.
Ja napoję
Usta twoje
Dźwiękiem i potęgą,
Czoło przyozdobię
Jasności wstęgą
I matki miłością
Obudzę w tobie
Wszystko, co ludzie na ziemi, anieli w niebie
Nazwali pięknością-
By ojciec twój,
O synku mój,
Kochał ciebie.
 
Mąż
Czyż myśli ostatnie przy zgonie towarzyszą duszy, choć dostanie się do nieba - możeż być duch szczęśliwym, świętym i obłąkanym zarazem?
 
Orcio
Głos Mamy słabieje, ginie już prawie za murem kośćtnicy, ot tam - tam - jeszcze powtarza
 
O synku mój,
By ojciec twój
Kochał ciebie.
 
Mąż
Boże, zmiłuj się nad dzieckiem naszym, którego, zda się, że w gniewie Twoim przeznaczyłeś szaleństwu i zawczesnej śmierci - Panie, nie wydzieraj rozumu własnym stworzeniom, nie opuszczaj świątyń któreś Sam wybudował Sobie - spojrzyj na męki moje i aniołka tego nie wydawaj piekłu. - Mnieś przynajmniej obdarzył siłą na wytrzymanie natłoku myśli, namiętności i uczuć, a jemu? - dałeś ciało do pajęczyny podobne, które lada myśl wielka rozerwie - o Panie Boże- o Boże !
Od lat dziesięciu dnia spokojnego nie miałem - nasłałeś wielu ludzi na mnie, którzy mi szczęścia winszowali, zazdrościli, życzyli - spuściłeś na mnie grad boleści i znikomych obrazów, i przeczuciów, i marzeń - łaska Twoja na rozum
spadła, nie na serce moje - dozwól mi dziecię ukochać w pokoju i niechaj stanie mir' już między Stwórcą i stworzonym - Synu, przeżegnaj się i chodź ze mną. Wieczny odpoczynek.
Wychodzą.
 
Spacer - damy i kawalerowie - F i l o z o f - M ą ż.
 
Filozof
Powtarzam, iż to jest nieodbitą, samowolną wiarą we mnie, że czas nadchodzi wyzwolenia kobiet i Murzynów.
 
Mąż
Pan masz rację.
 
Filozof
I wielkiej do tego odmiany w towarzystwie ludzkim w szczególności i w ogólności - z czego wywodzę odrodzenie się rodu ludzkiego przez krew i zniszczenie form starych.
 
Mąż
Tak się Panu wydaje.
 
Filozof
Podobnie jako glob nasz się prostuje lub pochyla na osi swojej przez nagłe rewolucje.
 
Mąż
Czy widzisz to drzewo spróchniałe?
 
Filozof
Z młodymi listkami na dolnych gałązkach.
 
Mąż
Dobrze. - Jak sądzisz - wiele lat jeszcze stać może?
 
Filozof
Czy ja wiem? Rok - dwa lata.
 
Mąż
A jednak dzisiaj wypuściło z siebie kilka listków świeżych, choć korzenie gniją coraz bardziej.
 
Filozof
Cóż z tego?
 
Mąż
Nic - tylko że gruchnie i pójdzie precz na węgle i popiół, bo nawet stolarzowi nie zda się na nic.
 
Filozof
Przecie nie o tym mowa.
 
Mąż
Jednak to obraz twój i wszystkich twoich, i wieku twego, i teorii twojej.
Przechodzą.
 
Wąwóz pomiędzy górami
Mąż
Pracowałem lat wiele na odkrycie ostatniego końca wszelkich wiadomości, rozkoszy i myśli, i odkryłem - próżnię grobową w sercu moim. - Znam wszystkie uczucia po imieniu, a żadnej żądzy, żadnej wiary, miłości nie ma we mnie- jedno kilka przeczuciów krąży w tej pustyni - o synu moim, że oślepnie - o towarzystwie, w którym wzrosłem, że rozprzęgnie się - i cierpię tak,· jak Bóg jest szczęśliwy, sam w sobie, sam dla siebie.
 
Głos Anioła Stróża
Schorzałych, zgłodniałych, rozpaczających pokochaj bliźnich twoich, biednych bliźnich twoich, a zbawion będziesz.
 
Mąż
Kto się odzywa?
 
Mefisto
przechodząc
Kłaniam uniżenie - lubię czasem zastanawiać podróżnych darem, który natura osadziła we mnie. - Jestem brzuchomówca.
 
Mąż
podnosząc rękę do kapelusza
Na kopersztychu podobna twarz gdzieś widziałem.
 
Mefisto
na stronie
Hrabia ma dobrą pamięć
głośno
Niech będzie pochwalen.
 
Mąż
Na wieki wieków - amen.
 
Mefisto
wchodząc pomiędzy skaty
Ty i głupstwo twoje.
 
Mąż
Biedne dziecię, dla win ojca, dla szału matki przeznaczone wiecznej ślepocie - nie dopełnione, bez namiętności, żyjące tylko milczeniem, cień przelatującego anioła rzucony na ziemię i błądzący w znikomości swojej. - Jakiż ogromny orzeł'
wzbił się nad miejscem, w którym ten człowiek zniknął!
 
Orzeł
Witam cię - witam.
 
Mąż
Leci ku mnie, cały czarny - świst jego skrzydeł jako świst tysiąca kul w boju.
 
Orzeł
Szablą ojców twoich bij się o ich cześć i potęgę.
 
Mąż
Roztoczył się nade mną - wzrokiem węża grzechotnika ssie mi źrzenice - ha! rozumiem ciebie.
 
Orzeł
Nie ustępuj, nie ustąp nigdy - a wrogi twe, podłe wrogi twe pójdą w pył.
 
Mąż
Żegnam cię wśród skał, pomiędzy którymi znikasz - bądź co bądź, fałsz czy prawda, zwycięstwo czy zaguba, uwierzę tobie, posłanniku chwały. - Przeszłości, bądź mi ku pomocy - a jeśli duch twój wrócił do łona Boga, niechaj się znów oderwie, wstąpi we mnie, stanie się myślą, siłą i czynem.
Zrzuca żmiję.
Idź, podły gadzie - jako strąciłem ciebie i nie ma żalu po tobie w naturze, tak oni wszyscy stoczą się w dół i po nich żalu nie będzie - sławy nie zostanie - żadna chmura się nie odwróci w żegludze, by spojrzeć za sobą na tylu synów ziemi, ginących pospołu.
Oni naprzód - ja potem.
Błękicie niezmierzony, ty ziemię obwijasz - ziemia niemowlęciem, co zgrzyta i płacze - ale ty nie drżysz, nie słuchasz jej, ty płyniesz w nieskończoność swoją.
Matko naturo, bądź mi zdrowa - idę się na człowieka przetworzyć, walczyć idę z bracią moją.
 
Pokój - Mąż - Lekarz - Orcio
 
Mąż
Nic mu nie pomogli - w Panu ostatnia nadzieja.
 
Lekarz
Bardzo mi zaszczytnie...
 
Mąż
Mów panu, co czujesz.
 
Orcio
Już nie mogę ciebie, Ojcze, i tego pana rozpoznaé - iskry i nicie czarne latają przed moimi oczyma, czasem z nich wydobędzie się na kształt cieniutkiego węża - i nuż robi się chmura żółta - ta chmura w górę podleci, spadnie na dół,
pryśnie z niej tęcza - i to nic mnie nie boli.
 
Lekarz
Stań, Panie Jerzy, w cieniu - wiele Pan lat masz?
patrzy mu w oczy.
 
Mąż
Skończył czternaście
 
Lekarz
Teraz odwróć się do okna.
 
Mąż
A cóż?
 
Lekarz
Powieki prześliczne, białka przeczyste, żyły wszystkie w porządku, muszkuły w sile.
do Orcia
Śmiej się Pan z tego - Pan będziesz zdrów jak ja.
do Męża
Nie ma nadziei. - Sam Pan Hrabia przypatrz się źrzenicy- nieczuła na światło - osłabienie zupełne nerwu optycznego
 
Orcio
Mgłą zachodzi mi wszystko - wszystko.
 
Mąż
Prawda - rozwarta - szara - bez życia.
 
Orcio
Kiedy spuszczę powieki, więcej widzę niż z otwartymi oczyma.
 
Lekarz
Myśl w nim ciało przepsuła - należy się bać katalepsji.
 
Mąż
odprowadzając Lekarza na stronę
Wszystko, co zażądasz - pół mojego majątku
 
Lekarz
Dezorganizacja nie może się zreorganizować.
Bierze kij i kapelusz.
Najniższy sługa Pana Hrabiego, muszę jechać zdjąć jednej pani kataraktę.
 
Mąż
Zmiłuj się, nie opuszczaj nas jeszcze
 
Lekarz
Może Pan ciekawy nazwiska tej choroby?
 
Mąż
I żadnej, żadnej nie ma nadziei?
 
Lekarz
Zowie się po grecku: amaurosis.
Wychodzi.
 
Mąż
przyciskając syna do piersi .
Ale ty widzisz jeszcze cokolwiek?
 
Orcio
Słyszę głos twój, Ojcze
 
Mąż
Spojrzyj w okno, tam słońce, pogoda.
 
Orcio
Pełno postaci mi się wije między źrzenicą a powieką - widzę
twarze widziane, znajome miejsca - karty książek czytanych.
 

Mąż
To widzisz jeszcze?
 
Orcio
Tak, oczyma duszy, lecz tamte pogasły.
 
Mąż
padając na kolana - chwila milczenia
Przed kim ukląkłem - gdzie mam się upomnieć o krzywdę mojego dziecka ?
Milczmy raczej - Bóg się z modlitw, Szatan z przeklęstw śmieje.
 
Głos skądsiś
Twój syn poetą - czegóż żądasz więcej?
 
Lekarz, Ojciec Chrzestny
 
Ojciec Chrzestny
Zapewnie, to wielkie nieszczęście być ślepym.
 
Lekarz
I bardzo nadzwyczajne w tak młodym wieku
 
Ojciec Chrzestny
Był zawsze słabej kompleksji, i matka jego umarła nieco... tak...
 
Lekarz
Jak to ?
 
Ojciec Chrzestny
Poniekąd tak - Wać Pan rozumiesz - bez piątej klepki.
 
Mąż
Przepraszam Pana, żem go prosił o tak późnej godzinie. Ale od kilku dni mój biedny syn budzi się zawsze około dwunastej, wstaje i przez sen mówi - proszę za mną.
 
Lekarz
Chodźmy. - Jestem bardzo ciekawy owego fenomenu.
 
Pokój sypialny - Służąca - Krewni - Ojciec Chrzestny - Lekarz - Maż
 
Krewny
Cicho.
 
Drugi
Obudził się, a nas nie słyszy.
 
Lekarz
Proszę Panów nic nie mówić.
 
Ojciec Chrzestny
To rzecz arcydziwna.
 
Orcio
wstając
O Boże - Boże!
 
Krewny
Jak powoli stąpa.
 
Drugi
Jak trzyma ręce założone na piersiach.
 
Trzeci
Nie mrugnie powieką - ledwo że usta roztwiera, a przecię głos ostry, przeciągły z nich się dobywa.
 
Służący
Jezusie Nazareński !
 
Orcio
Precz ode mnie, ciemności - jam się urodził synem światła i pieśni - co chcecie ode mnie? - czego żądacie ode mnie?
Nie poddam się wam, choć wzrok mój uleciał z wiatrami i goni gdzieś po przestrzeniach - ale on wróci kiedyś, bogaty w promienie gwiazd, i oczy moje rozogni płomieniem.
 
Ojciec Chrzestny
Tak jak nieboszczka, plecie, sam nie wie co - to widok bardzo zastanawiający.
 
Lekarz
Zgadzam się ż Panem Dobrodziejem.
 
Mamka
Najświętsza Panno Częstochowska, weź mi oczy i daj jemu.
 
Orcio
Matko moja, proszę cię - matko moja, naślij mi teraz obrazów i myśli, bym żył wewnątrz, bym stworzyĺ drugi świat w sobie, równy temu, jaki postradałem.
 
Krewny
Co myślisz, bracie, to wymaga rady familijnej?
 
Drugi
Czekaj - cicho.
 
Orcio
Nie odpowiadasz mi - o matko ! nie opuszczaj mnie !
 
Lekarz
do Męża
Obowiązkiem moim jest prawdę mówić.
 
Ojciec Chrzestny
Tak jest - to jest obowiązkiem - i zaletą lekarzy, Panie Konsyliarzu.
 
Lekarz
Pański syn ma pomieszanie zmysłów, połączone z nadzwyczajną draźliwością nerwów, co niekiedy sprawia, że tak powiem, stan snu i jawu zarazem, stan podobny do tego, który oczywiście tu napotykamy.
 
Mąż
na stronie
Boże, patrz, on Twoje sądy mi tłumaczy.
 
Lekarz
Chciałbym pióra i kałamarza - Cerasi laurei dwa grana etc., etc. ...
 
Mąż
W tamtym pokoju Pan znajdziesz - proszę wszystkich, by wyszli.
 
Głosy pomieszane
Dobranoc - dobranoc - do jutra.
 
Orcio
budząc się
Dobrej nocy mi życzą - mówcie o długiej nocy - o wiecznej może - ale nie o dobrej, nie o szczęśliwej.
 
Mąż
Wesprzyj się na mnie, odprowadzę cię do łóżka
 
Orcio
Ojcze, co to się ma znaczyć?
 
Mąż
Okryj się dobrze i zaśnij spokojnie, bo doktor mówi, że wzrok odzyskasz.
 
Orcio
Tak mi niedobrze - sen mi przerwały głosy czyjeś.
Zasypia.
 
Mąż
Niech moje błogosławieństwo spoczywa na tobie - nic ci więcej dać nie mogę, ni szczęściá, ni światła, ni sławy - a dobija godzina, w której będę musiał walczyć, działać z kilkoma ludźmi przeciwko wielu ludziom. - Gdzie się ty podziejesz, sam jeden i wśród stu przepaści, ślepy, bezsilny, dziecię i poeto
zarazem, biedny śpiewaku bez słuchaczy, żyjący duszą za obrębami ziemi, a ciałem przykuty do ziemi - o ty nieszczęśliwy, najnieszczęśliwszy z aniołów, o ty mój synu !
 
Mamka
u drzwi
Pan Konsyliarz każe JW. Pana prosić.
 
Mąż
Dobra moja Katarzyno, zostań się przy małym.
Wychodzi.