Scena przedstawia salon w burżuazyjnym domu. Dywany, meble solidne, na ścianach w złoconych ramach premia i Bóg wie jakie obrazy. Rogi obfitości, sztuczne palmy, landszaft haftowany za szkłem. Pomiędzy tym stara piękna serwantka mahoniowa i empirowy ekranik. Lampa z abażurem z bibuły, stoliki, a na nich fotografie. Rolety pospuszczane, na scenie ciemno. Gdy zasłona się podnosi, zegar w jadalni bije godzinę szóstą. W czasie pierwszych scen powoli rozwidnia się, wreszcie rozwidnia się zupełnie, gdy story podniosą.
 
SCENA PIERWSZA
Chwilę scena pozostaje pusta. Słychać za kulisami człapanie pantofli. Z lewej (sypialnia małżeńska) wchodzi Dulska w stroju niedbałym. Papiloty, z tyłu cienki kosmyk, kaftanik biały wątpliwej czystości, halka włóczkowa krótka, poddarta na brzuchu. Idzie mrucząc, świeca w ręku. Stawia świecę na stole, idzie do kuchni.
 
DULSKA
Kucharka! Hanka! wstawać!... (mruczenie w kuchni) Co? jeszcze czas? Księżniczki! Nie z waszym nosem, a już wstałam... Cicho, kucharka, nie rezonować. Palić pod kuchnią. Hanka! chodź palić w piecu w salonie. A żywo!... (idzie ku drzwiom na prawo) Heśka! Mela! wstawać! lekcje przepowiedzieć, gamy do grania... prędzej... nie gnić w łóżkach!...
Chwilę chodzi po scenie, mrucząc. Idzie do pierwszych drzwi na prawo, zagląda, łamie ręce, wchodzi do pokoju ze świecą.
 
SCENA DRUGA
Dulska, Hanka.
Hanka bosa, spódnica ledwo zawiązana, koszula, kaftanik·narzucony, niesie smolaki i trochę węgli. Przykuca przy piecu, rozpala, pociąga nosem, wzdycha. Wchodzi Dulska, zła.
 
DULSKA
Jak palisz? jak palisz? skaranie boże z tym tłumokiem. Do krów, do krów, nie do pańskich pieców. Czego niszczysz tyle smolaków! Czekaj, ustąp się, ty do niczego, ja ci pokażę (przykuca sama i pali w piecu) Ruszaj zbudzić panienki, a jak nie zechcą wstać, to pościągaj kołdry.
 
Hanka idzie do pokoju dziewcząt, Dulska pali w piecu i dmucha, jaskrawy płomień oświetla jej twarz tłustą i nalaną. Wraca Hanka.
Cóż panny? wstają?
 
HANKA
Pościągałam kołdry. Panna Hesia kopnęła mnie w brzucho.
 
DULSKA
Wielka afera, zgoi się do wesela.
 
Chwila milczenia.
 
HANKA
Proszę wielmożnej pani...
 
DULSKA
Widzisz, jak się w piecu pali...
 
HANKA
Proszę wielmożnej pani...
 
DULSKA
Ja o wszystkim myśleć muszę. Niedługo przez was to zejdę do grobu.
 
HANKA
całuje ją w rękę
Proszę wielmożnej pani! Ja chciałam prosić, że ja już od pierwszego pójdę sobie.
 
DULSKA
Co? Jak?
 
HANKA
ciszej
Pójdę sobie.
 
DULSKA
Ani mi się waż. Ja za ciebie zapłaciłam w kantorze. Musisz dalej służyć. A to mi się podoba.
 
HANKA
Ja dam na swoje miejsce.
 
DULSKA
Patrzcie ją, jak się odgryzła. Już jej się w głowie przewróciło. O! już miasto na nią działa. Może na pannę służącą się śpieszy? co?
 
HANKA
Proszę wielmożnej pani, to... przez panicza.
 
DULSKA
A...
 
HANKA
Tak... ja nie chcę... bo to...
 
DULSKA
Znowu?
 
HANKA
Ciągle... a to to, a to tak, a ja przecież...
 
DULSKA
nie patrząc na nią
No dobrze, ja mu powiem.
 
HANKA
Proszę wielmożnej pani, to na nic. Przecie wielmożna pani już nie raz, nie dwa mówiła, że mówiła...
 
DULSKA
No - ale teraz to pomoże.
 
HANKA
Bo ksiądz mówił, żeby odejść.
 
DULSKA
Czy ty u księdza służysz, czy u mnie?
 
HANKA
Ale ja księdza muszę słuchać.
 
DULSKA
Idź po mleko i po bułki.
 
HANKA
Idę, proszę wielmożnej pani.
Wychodzi.
 
DULSKA
idzie ku drzwiom sypialni małżeńskiej
Felicjanie! Felicjanie! wstawaj!... spóźnisz się do biura! (idzie do drzwi sypialni córek) Hesia! Mela! spóźnicie się na pensję...
 
GŁOS HESI
Mamuńciu, tak zimno! troszkę ciepłej wody...
 
DULSKA
Jeszcze czego! Hartujcie się... Felicjan! Wstajesz? Wiesz? ten błazen, twój syn, nie wrócił jeszcze do domu! Co? nic nie mówisz? naturalnie! Ojciec toleruje. Niedaleko padło jabłko od jabłoni. Ale jak będą dłużki małe - nie zapłacę.
 
HANKA
uchyla drzwi od kuchni
Proszę wielmożnej pani, stróż przyszedł o meldunki tych państwa, co się sprowadzili.
 
DULSKA
Idę! Hesia! Mela! Felicjan! A to śpiąca familia. No! no! z torbami poszlibyśmy, żeby nie ja... (wchodząc do kuchni) Dlaczego stróż zostawia na dziedzińcu nową miotłę? Deszcz leje...
Zamyka drzwi. Głos ginie.
 
SCENA TRZECIA
Hesia, Mela
Hesia, Mela wybiegają ze swojego pokoju, krótkie spódniczki jednakowe, barchanowe kaftaniki, włosy rozpuszczone, biegną do pieca, przykucają przed drzwiczkami.
 
HESIA
Chodź! chodź!
 
MELA
Nie ma jej?
 
HESIA
Nie ma, słyszysz przecież, jak myje głowę stróżowi. Ha! jak miło ogrzać się trochę.
 
MELA
No! nie pchaj się, ja także...
 
HESIA
Czekaj, poprawię. A teraz daj grzebień, to cię uczeszę.
 
MELA
Daj spokój! Jak zobaczy, będzie krzyk.
 
HESIA
Niech krzyczy. Ja się nie boję.
 
MELA
Ale ja się boję. To tak nieprzyjemnie, jak ktoś głośno krzyczy.
 
HESIA
Bo ty jesteś sentymentalna. Ty się wdałaś w ojca. Lelum polelum...
 
MELA
Skąd ty wiesz, jaki jest ojciec? przecież ojciec nic nie mówi.
 
HESIA
E! już ja wiem. Zresztą masz jego nos.
 
MELA
To dziwne.
 
HESIA
czesze ją
Co?
 
MELA
Niby, że dziecko podobne do ojca albo do matki. Jak to się dzieje?
 
HESIA
A ja wiem! a ja wiem...
 
MELA
nieśmiało
Wiesz?... powiedz!
 
HESIA
Nie ma głupich, nie powiem, ale wiem.
 
MELA
Kto ci powiedział?
 
HESIA
Kucharka.
 
MELA
O! kiedy?
 
HESIA
Wczoraj, jak mama poszła do teatru, a nas nie wzięła, bo to niemoralna sztuka. Poszłam do kuchni i tam Anna mi powiedziała! Och! Melu!... Och, Melu!
Tarza się po dywanie śmiejąc się.
 
MELA
Hesia! Ja myślę, że to grzech.
 
HESIA
Co?
 
MELA
Mówić z kucharką o takich rzeczach.
 
HESIA
Kiedy to prawda. Tak jest naprawdę.
 
MELA
Gdyby to mama wiedziała!
 
HESIA
No to co? Krzyczałaby, ona wiecznie krzyczy.
 
MELA
po chwili
A mnie nie powiesz?
 
HESIA
Nie. Nie chcę cię brać na swe sumienie. Nie gorsz malutkich!...
 
Chwilę milczą. Hesia wstaje i na palcach idzie do sypialni Zbyszka, zagląda i wraca do pieca, w pół drogi spotyka ją Mela, siadają. Hesia na fotelu, a Mela zaplata jej włosy w warkocze.
 
No, zrób teraz ze mnie dziewczę z czarną kosą, spod wiejskiej strzechy.
 
MELA
To nie kręć się.
 
HESIA
Wiesz, Zbyszko znów poszedł na lumpkę.
 
MELA
Nie ma go?
 
HESIA
Nie ma. Coś bym ci powiedziała, ale przysięgnij się, że nikomu nie powiesz. Nachyl się... Zbyszko lata za Hanką.
 
MELA
Po co?
 
HESIA
E... bo ty... co z tobą gadać!... No powiedz sama, czy można z tobą gadać?
 
MELA
No, bo mówisz, że lata...
 
HESIA
No, lata czy zaczepia, czy kocha się, czy jak?
 
MELA
Och, Hesiu! Zbyszko?
 
HESIA
No co? Nie byłaś na Halce? Nie wiesz, jak to się dzieje? Panicz, no i „nieszczęsna Halka gwałtem tu idzie...”
Śmieje się serdecznie.
 
MELA
Ale to na scenie... potem, to było wtedy, jak takie kontusze nosili, ale Zbyszko... och, Hesiu!...
Wchodzi Hanka, klęka przy piecu.
 
HESIA
O, Hanka! Ja się jej zapytam. Zobaczysz, czy ja kłamię.
 
MELA
ze strachem
Hesiu, nie pytaj się, ja proszę!...
 
HESIA
Dlaczego? to swoja rzecz... Zresztą mama nie słyszy.
 
MELA
Hesiu, mnie czegoś przed Hanką wstyd.
Milczenie.
 
HESIA
cicho
No, to się nie będę pytać, ale ja widziałam wczoraj, jak on ją tu a tu szczypał.
 
MELA
A mówisz, że się w niej kocha.
 
HESIA
No... no właśnie.
 
MELA
Przecież, gdyby się w niej kochał, to by ją nie szczypał.
 
HESIA
Wiesz co - ciebie pod klosz... no, no!...
 
MELA
Za co, Hesiu, pod klosz?
 
HESIA
Za twoją głupotę! (Chwila. Nagle:) Ach! chciałabym wiedzieć, gdzie ten Zbyszko tak nocami chodzi?
 
MELA
Może do parku na spacer, teraz tak ładnie.
 
HESIA
Głupia jesteś! (nagle do Hanki) Hanka, nie wiesz ty, gdzie tak panowie po nocach chodzą?
 
HANKA
Skądże ja?...
 
HESIA
No, tak jak pan Zbyszko, do rana, prawie co dzień.
 
HANKA
Ano musi gdzieści...
 
HESIA
Pytałam się go, mówił - na lumpkę, a kucharka śmiała się także i mówiłá, że to do nocnych kawiarni. Ach, Boże, kiedy ja się już naprawdę czegoś porządnie dowiem!! Kiedy ja już będę duża! Kiedy nie będzie przede mną tajemnic!
 
MELA
A ja tak wolę.
 
HESIA
Co?
 
MELA
Nie wiedzieć o niczym. To tak jakoś miło. Ja wolę nic nie wiedzieć.
 
HESIA
Tuman!
 
SCENA CZWARTA
Też same, Dulska.
 
DULSKA
przez scenę jak huragan przelatuje
Czego wy tu? Co to? Ubierać się! Hanka, sprzątać! Mela, gamy! Felicjanie!...
Wpada do sypialni małżeńskiej.
 
HESIA
do Meli
Zostań jeszcze, już wicher przeleciał. „Felicjanie!”
 
MELA
Hesiu!.:.
 
HESIA
Co? rodzicielka! E... przesądy!
 
MELA
zgorszona
Hesiu, patrz, Hanka się śmieje.
 
HESIA
No to co? Niech się śmieje! Cóż to, ja nie mam własnego sądu? (do Hanki) Czego się śmiejesz, idiotko? Sprzątaj! Albo czekaj, byłaś kiedy w nocnej kawiarni?
 
HANKA
Hi! hi! Panienka też... Ja nawet nie wiem, gdzie to jest.
 
HESIA
Boś głupia. Kucharka była, jak była młoda. Mówi, że tam panowie siedzą, piją likiery i że tam bardzo wesoło. Kucharka mówiła, że tam są młode, ładne panny i że...
 
MELA
Cicho, Hesia! Jeszcze mama usłyszy.
Hanka wychodzi.
 
HESIA
Idź, idź! to nie dlatego, że mama, tylko że ty nie chcesz, żeby ci się w głowie rozświetliło.
 
MELA
Mówiłam ci - wolę nie wiedzieć.
 
HESIA
Przed chwilą się sama pytałaś.
 
MELA
O co?
 
HESIA
O te... dzieci...
 
MELA
To co innego.
 
HESIA
Dlaczego?
 
MELA
Bo tamto o dzieciach to ciekawe, a to brzydkie.
 
HESIA
Wcale nie, to jeszcze ciekawsze.
 
MELA
Może być, ale mnie to zaraz potem smutno.
 
HESIA
O!... idzie lump!
 
SCENA PIĄTA
Hesia, Mela, Zbyszko. Zbyszko - kołnierz podniesiony, twarz zmięta, zmarznięty, skrzywiony. Młode to, a już niemożliwe; choć chwilami coś w głębi źrenic się przewija.
 
HESIA
Gdzie byłeś, gdzie byłeś?
 
ZBYSZKO
odsuwa ją laską
Poszła!
 
HESIA
Gdzie byłeś? Lumpowałeś się? Mój złoty, powiedz, powiedz... Ja nic nie powiem mamie.
 
ZBYSZKO
Poszła!
 
HESIA
Ładnie się wyrażasz! Nie powiesz? A ja wiem! W nocnej kawiarni byłeś, likiery piłeś, ładne panny były... tak ładnie śmierdzisz cygarami... u, u!... jak ja to lubię...
 
ZBYSZKO
Mówię ci, poszła!
 
MELA
Hesiu, daj spokój!
 
HESIA
Tak? To tak ze mną? Poczekaj, ja też dorosnę, ja też pójdę na lumpę, ja też będę chodziła po kawiarniach i będę pić likiery... po nocnych kawiarniach, jak ty, jak ty!
Skacze przed nim na jednej nodze.
 
ZBYSZKO
Ładna edukacja, ślicznie się zapowiadasz.
 
HESIA
A teraz, żeby cię nauczyć grzeczności w kole rodzinnym...(woła) Mamciu! Mamciu! Zbyszko powrócił!
 
ZBYSZKO
Cicho bądź!
 
DULSKA
wpada jak bomba
Jesteś?
 
ZBYSZKO
Jestem i znikam! Idę się przespać przed biurem.
 
DULSKA
Nie! Zostaniesz tu! Mam z tobą do pomówienia.
 
ZBYSZKO
A!... lecę z nóg.
 
DULSKA
surowo
Wierzę!... (do dziewcząt) Proszę iść się ubrać. Mela, do gam!
 
MELA
Już nie mam czasu.
 
DULSKA
Pięciopalcówki, na to starczy. Hesia znów podarła kalosze.
 
ZBYSZKO
Nie ma tu gdzie czarnej kawy?
 
DULSKA
Nie ma, mój panie! Hesia nic nie szanuje. Nigdy z ciebie nie będzie kobieta jak należy.
Dziewczęta wybiegają.
 
ZBYSZKO
Nie ma czarnej kawy w tym zakładzie?
 
DULSKA
Gdzie byłeś?
 
ZBYSZKO
He?
 
DULSKA
Gdzie byłeś do tej pory?
 
ZBYSZKO
Gdybym mamci powiedział, toby mamcia tak skakała.
 
DULSKA
O!...
 
ZBYSZKO
Najlepiej więc nie pytać.
 
DULSKA
Jestem matką.
 
ZBYSZKO
Właśnie dlatego.
 
DULSKA
Muszę wiedzieć, na czym trawisz czas i zdrowie.
 
ZBYSZKO
Widzi mamcia, co mam pod nosem? Wąsy, a nie mleko, a więc...
 
DULSKA
łamiąc ręce
Jak ty wyglądasz!
 
ZBYSZKO
E!
 
DULSKA
Jesteś zielony.
 
ZBYSZKO
To modny kolor. Mamcia kazała także balkony i okna pomalować na zielono.
 
DULSKA
Która panna cię weźmie, jak będziesz tak wyglądał.
 
ZBYSZKO
Jeszcze gorszych biorą. Nie ma czarnej kawy w tym zakładzie?
 
DULSKA
Wyrażaj się inaczej. Ciągle myślisz, że jesteś w towarzystwie kokocic.
 
ZBYSZKO
Takie dobre towarzystwo jak i inne. A potem, co mamcia wydziwia na kokotki. Niby to i u nas nie ma kokot w kamienicy. Sama mamcia wynajmowała tej z pierwszego piętra.
 
DULSKA
z godnością
Ale się jej nie kłaniam.
 
ZBYSZKO
Ale pieniążki za czynsz mamcia bierze od niej, że aż ha!
 
DULSKA
Przepraszam, to ja takich pieniędzy dla siebie nie biorę.
 
ZBYSZKO
A co mamcia z nimi robi?
 
DULSKA
majestatycznie
Podatki nimi płacę.
 
ZBYSZKO
Ha! No... A ja idę spać
 
DULSKA
Czy ty się przestaniesz lampartować?
 
ZBYSZKO
Jamais!
 
DULSKA
Ja długów płacić nie będę.
 
ZBYSZKO
E!... to już o tym później.
 
DULSKA
Zbyszko! Zbyszko! na tom cię mlekiem swym karmiła, żebyś nasze uczciwe i szanowane nazwisko po kawiarniach i spelunkach włóczył.
 
ZBYSZKO
Było mnie chować mączką Nestle`a - podobno doskonała.
Dulska siada przy stole, zgnębiona. Zbyszko podchodzi, siada na stole i mówi do niej poufale.
No, nie martwiuchny się, pani Dulska. Ale co mamcia chce, żebym ja tu z wami w domu robił? Nikt nie bywa, żyjemy jak ostatnie sobki.
 
DULSKA
Ciężkie czasy, nie ma na przyjęcia.
 
ZBYSZKO
E! człowiek jest zwierzęciem towarzyskim. Musi od czasu do czasu myśl wymienić. O! widzi mamcia, „myśl” - to wielkie słowo. Choć ono się stąd gna, to przecież tu i ówdzie się jeszcze kręci...
 
DULSKA
Ja tam nie mam czasu myśleć.
 
ZBYSZKO
Właśnie, właśnie! Więc też ja myk z domu, bo w domu właściwie cmentarz. A czego? Myśli - swobodnej, szerokiej myśli...
 
DULSKA
A więc do kawiarni, do...
 
ZBYSZKO
Tak, tak! do... Co mamcia może wiedzieć, którymi to drogami chadza ludzka myśl, nawet takiego jak ja kołtuna.
 
DULSKA
Jesteś głupi. Ty i twój ojciec to jedna dusza. On co dzień w cukierni, a ty Bóg wie gdzie...
 
SCENA SZÓSTA
Dulska, Dulski, Zbyszko.
Dulski, zasuszony urzędnik, wchodzi ubrany bardzo porządnie, do wyjścia; czyści kapelusz.
 
DULSKA
No, wreszcie!
Dulski poprawia kołnierzyk przed lustrem.
 
ZBYSZKO
Dzień dobry ojcu!
Dulski gestem wita syna.
 
DULSKA
do męża
Dziś fasujesz?
Dulski kiwa głową.
A uważaj, żebyś nie zgubił. Na co czekasz? A! cygaro... Zbyszko, daj cygaro ojcu znad pieca.
Dulski bierze cygaro, które Zbyszko zdjął znad pieca, próbuje je.
A czy wisz, o której twój synek do domu wrócił?
Dulski wzrusza ramionami, że mu to obojętne, i wychodzi środkowymi drzwiami.
Zwariować można z tym człowiekiem.
 
ZBYSZKO
Tak go mama wychowała.
 
DULSKA
Nie, to już zanadto!
 
ZBYSZKO
Dobranoc! Idę się zdrzemnąć.
 
DULSKA
A biuro?
 
ZBYSZKO
ziewając
Nie ucieknie.
 
DULSKA
zatrzymując go
Zbyszko! przyrzeknij mi, że się poprawisz.
 
ZBYSZKO
Nigdy! Wolę raczej zdać egzamin państwowy.
Wychodzi do swego pokoju.
 
SCENA SIÓDMA
Dulska, Hanka, potem Zbyszko.
 
DULSKA
Zetrzyj fortepian, popraw w piecu. Czy kucharka ubrana do miasta?
 
HANKA
Tak, proszę pani.
Dulska wchodzi do kuchni.
Hanka chwilę sprząta. Zbyszko wychyla się ze drzwi.
 
ZBYSZKO
Hanka? jesteś sama?
 
HANKA
Daj mi pan spokój!
 
ZBYSZKO
Cóż ci za mucha na nos siadła!
Hanka milczy.
Chodź tu, pokaż mordeczkę. Czegoś zła!...
Hanka milczy, tylko coraz energiczniej sprząta, widać w niej walkę wewnętrzną.
Taka jesteś brzydka, jak się nadmiesz.
 
HANKA
nagle
Pewnie... te panny, co pan od nich wraca, to ładniejsze.
 
ZBYSZKO
A... tędy cię wiedli... O to ci chodzi?
 
HANKA
Mnie o nic nie chodzi, tylko nie chcę, żeby mnie pan sekował.
 
ZBYSZKO
Jak będziesz dla mnie lepsza, to będę w domu siedział.
 
HANKA
Ja ta nie potrzebuję. Może se pan iść do tych pannów.
 
ZBYSZKO
Albo to prawda! Aż się za mną trzęsiesz.
 
HANKA
Niech pan idzie, bo jeszcze starsza pani wejdzie.
 
ZBYSZKO
Ale o! Pocałuj pana w rękę za to, żeś go rozgniewała.
 
HANKA
śmiejąc się
Figa!
Uderza go po łapie.
 
ZBYSZKO
A ty szelmo!
Chce ją objąć. Wchodzi Mela, która wydaje lekki okrzyk, potem zaczerwieniona, z oczyma spuszczonymi idzie do fortepianu. Hanka ucieka. Mela siada i gra ćwiczenia pięciopalcowe. Gdy Mela zostaje samą, chwilkę gra, potem wstaje, idzie do pokoju Zbyszka i puka.
 
MELA
Zbyszko!
 
ZBYSZKO
wychyla głowę ze drzwi, nie ubrany
Czego?
 
MELA
tajemniczo
Nie bójcie się... ja nic mamci nie powiem.
 
ZBYSZKO
Na czysto zwariowała.
 
MELA
Bo przecież to nie wasza wina.
 
ZBYSZKO
Co?
 
MELA
nieśmiało
No... Hanka i ty... jeżeli wy...
 
ZBYSZKO
A fe! Mówić o takich rzeczach! Wstydź się... majtki widać, a taka zepsuta!
 
MELA
Ja? Ależ, Zbyszko, ja właśnie myślę przeciwnie... ja...
 
ZBYSZKO
Daj mi spokój!
Chowa się. Mela stoi smutna i zamyślona, podchodzi do fortepianu i zaczyna grać. W tej chwili wpada Hesia w płaszczyku i kapeluszu. Taki sam płaszcz i kapelusz ma w ręku dla Meli. Na ziemię rzuca książki w paskach.
 
SCENA ÓSMA
Mela, Hesia, Dulska, Hanka
 
HESIA
Ubieraj się, Ofelio! Żywo! Już chłopcy idą do szkoły.
 
MELA
wstaje, kładzie płaszczyk i kapelusz
Hesiu, ty nie będziesz tak strzelała oczami na tego wysokiego studenta?
 
HESIA
Będę robiła, co mi się podoba.
 
MELA
Mnie za ciebie wstyd.
 
HESIA
To się wstydź! A spróbuj co powiedzieć przed mamą, to ja zaraz powiem, że ty zamiast spać w nocy - wzdychasz. Mama się będzie za to więcej gniewała jak za studenta.
 
MELA
To wątpię.
 
HESIA
Ale ja nie. Mama mnie zna i wie, że ja znam granice i że „ja się nie zapomnę”.
 
MELA
Jak ty to rozumiesz?
 
HESIA
Ja już wiem, co mówię, o lelijo z pól rodzinnych!
 
DULSKA
Hanka! Chodź odprowadzić panienki!
 
HANKA
w kuchni
Idę!
 
DULSKA
Macie parasol? Iść prosto, nie oglądać się. Pamiętać: skromność - skarb dziewczęcia. (do Hesi) Nie garb się!
Hanka wchodzi w chustce
 
HESIA
rzuca jej książki
Bierz, ciućmo pokręcona. Do widzenia mamci!
Dziewczęta wychodzą z Hanką. Dulska chodzi, ściera prochy, wzdycha. Dzwonek w przedpokoju. Dulska idzie otwierać ostrożnie, zobaczywszy Lokatorkę cofa się.
 
SCENA DZIEWIĄTA
Lokatorka, Dulska
 
DULSKA
Przepraszam... jestem nie ubrana. Proszę panią - zaraz wrócę.
 
LOKATORKA
Ja tylko na chwilkę. Niech się pani gospodyni nie krępuje.
 
DULSKA
Tak, tak, wrzucę tylko co na siebie.
Biegnie do swego pokoju.
Lokatorka wchodzi powoli. Jest bardzo blada i smutna. Widocznie przeszła jakąś ciężką chorobę i moralne zmartwienie. Siada na najbliższym krześle, patrzy w ziemię i siedzi nieruchoma. Po chwili wchodzi Dulska, odziana w barchanowy, dostatni szlafrok.
Proszę panią na kanapę.
 
LOKATORKA
Dziękuję. Tylko parę słów. Dostałam list pani...
Urywa. Milczenie.
 
DULSKA
Pani już zupełnie wyszła ze szpitala?
 
LOKATORKA
Tak. Pozawczoraj mnie mama przywiozła.
 
DULSKA
Widzę, że pani zdrowa.
 
LOKATORKA
ze smutnym uśmiechem
O, jeszcze daleko!
 
DULSKA
Och! w domeczku swoim wróci pani szybko do sił. Dla kobiety nie ma jak dom. Ja zawsze to powtarzam.
 
LOKATORKA
Tak, skoro ktoś ma ten dom.
 
DULSKA
Wszakże pani ma męża, stanowisko.
 
LOKATORKA
Tak... ale...
Milczenie. Z wysiłkiem.
Proszę pani, czy to rzeczywiście konieczne, ażebym na przyszłego pierwszego się wyprowadziła?
 
DULSKA
Proszę pani... ja mieszkania pani koniecznie potrzebuję dla krewnych.
 
LOKATORKA
Wolałabym pozostać. Trudno będzie znaleźć w zimie.
 
DULSKA
Ach, to niemożliwe! Powtarzam pani: niemożliwe.
 
LOKATORKA
Przecież przy dobrej woli... Wiem, że pani kazała kartę na mieszkanie wywiesić, a więc krewni pani się nie sprowadzają.
 
DULSKA
sznurując usta
Ach! niech pani nie zmusza mnie do sprawienia jej przykrości.
 
LOKATORKA
Czy pani ma mi co do zarzucenia?
 
DULSKA
z wybuchem
A, proszę pani, to już przechodzi granice! A skandal, który pani przez swe otrucie wywołała!
 
LOKATORKA
A więc o to chodzi?
 
DULSKA
A o cóż innego? Płacili mi państwo czynsz, dzieci i psów nie mieli, ostatecznie tyle, co o te ranne trzepanie dywanów się rozchodziło. I mogliby państwo mieszkać nadal, aż tu... skoro o tym pomyślę, pąsy na mnie biją. Pogotowie ratunkowe przed moją kamienicą! Pogotowie! Jak przed szynkiem, gdzie się biją!
 
LOKATORKA
Ależ, proszę pani, wypadek może się zdarzyć wszędzie.
 
DULSKA
W porządnej kamienicy wypadki się nie trafiają. Czy pani widziała kiedy przed hrabską kamienicą Pogotowie? Nie! A potem ta publika w gazetach! Trzy razy wymieniano nazwisko Dulskiej, nazwisko moich córek przy takim skandalu...
 
LOKATORKA
Ależ, proszę pani, chyba pani zna przyczyny i...
 
DULSKA
Wielka afera, że pani mąż, no i ta dziewczyna... To swoja rzecz...
 
LOKATORKA
Ależ to była moja sługa. To szkaradztwo! Ja tego znieść nie mogłam. Skoro się przekonałam...
 
DULSKA
Zażyła pani zapałek. Taka trywialna trucizna!... Ludzie się śmieli. I jeszcze jak się to skończyło! Cała komedia! Gdyby pani była umarła... no!
 
LOKATORKA
Sama żałuję.
 
DULSKA
Nie mówię dlatego, tylko że to niby śmierć, to zawsze coś niby... ale tak... no, powiadam pani, śmieli się. Kiedyś jadę tramwajem, przejeżdżamy koło mej kamienicy, bo przystanek trochę dalej, a jacyś dwaj panowie pokazują na mój dom i mówią: „Patrz, to ten dom, co się ta zazdrosna żona truła” - i zaczęli się śmiać. Myślałam, że tam na miejscu zostanę w tym tramwaju.
 
LOKATORKA
pokornie
Ja panią bardzo przepraszam za te nieprzyjemności.
 
DULSKA
E! moja pani - publika została publiką...
 
LOKATORKA
Ja bardzo to przechorowałam. Zresztą ja nie wiedziałam, co robię. Ja byłam wtedy jak szalona...
Płacze cicho.
 
DULSKA
Pewnie, moja pani. Każdy samobójca musi być szalony i stracić poczucie moralności i wiary w obecność Boga. Tak to jest tchórzostwo. Tak jest - tchórzostwo. A potem zagłada własnej duszy. Dobrze, że samobójców chowają osobno. Niech się nie pchają między porządnych ludzi. Zabijać się!... I dla kogo? Dla mężczyzny. A żaden mężczyzna, moja pani, nie jest wart, aby przez niego iść na potępienie wieczne.
 
LOKATORKA
Proszę pani, to nie chodzi o mężczyznę, ale o męża.
 
DULSKA
E!
 
LOKATORKA
Nie mogłam ścierpieć tego pod moim dachem.
 
DULSKA
Lepiej pod swoim niż pod cudzym. Mniejsza publika. Nikt nie wie:
 
LOKATORKA
Ale ja wiem.
 
DULSKA
Moja pani! Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział. Rozwłóczyć je po świecie to ani moralne, ani uczciwe. Ja zawsze tak żyłam, ażeby nikt nie mógł powiedzieć, iż byłam powodem skandalu. Kobieta powinna przejść przez życie cicho i spokojnie. Ta już to jest tak i żadne nic nie pomoże.
 
LOKATORKA
Gdyby jednak pan Dulski zapomniał się ze sługą...
 
DULSKA
Felicjan? To niemożliwe! Pani go nie zna. A potem... to już pani rzecz. Ja muszę strzec siebie i swoich od publiki. Pani może znów taką bezbożność popełnić, bo to podobno taki szał to wraca. Więc...
 
LOKATORKA
wstając
Rozumiem. Wyprowadzę się. Chciałam pani jednak powiedzieć, że kazać mi teraz szukać mieszkania to ani dobre, ani uczciwe. Jestem taka osłabiona...
 
DULSKA
obrażona, wstaje
Uczciwości mnie pani nie nauczy! Ja wiem, co uczciwość. Pochodzę z zacnej, zasiedziałej rodziny i ja publiki nie wywołuję.
 
LOKATORKA
hamując się
Nie wątpię. Jednak może się pani nie obawiać. Drugi raz truć się nie będę. Na to trzeba wiele odwagi, pomimo tego, że pani to nazywa tchórzostwem. A potem trzeba wiele cierpieć. Na to już nie mam sił i... już bym tak nie potrafiła cierpieć raz jeszcze. Zresztą - rozstaję się z mężem, więc to najlepsza gwarancja, że już zazdrosna nie będę.
Uśmiecha się smutnie.
 
DULSKA
Rozstaje się pani z mężem? Bardzo pani źle robi. To nowa publika i nikt pani racji nie przyzna. Nawet z tej przyczyny nie mogłabym pani dłużej wynajmować mieszkania w mej kamienicy. Kobiety samotne to nie tego... to... no, pani rozumie.
 
LOKATORKA
ironicznie
Tak, rozumiem. Jednak ta pani z pierwszego piętra, która po nocach wraca...
 
DULSKA
z godnością
To jest osoba żyjąca z własnych funduszów i zachowująca się nadzwyczaj skromnie. Ta mi jeszcze Pogotowia przed dom nie sprowadziła.
 
LOKATORKA
ironicznie
Tylko gumy i automobile.
 
DULSKA
Stają zawsze kilka kamienic dalej. A potem zdaje się, iż ja nie mam obowiązku zdawać sprawy z mego postępowania przed panią.
 
LOKATORKA
Zapewne, zawiodłoby nas to za daleko. Żegnam panią.
 
DULSKA
A proszę tych, co będą oglądać mieszkanie, nie zrażać.
 
LOKATORKA
wychodząc
Powiem, że jest wilgoć, bo rzeczywiście jest wilgoć.
 
DULSKA
Na to jest sąd, łaskawa pani.
 
LOKATORKA
Tak mi każe moje sumienie. Żegnam panią.
We drzwiach staje Juliasiewiczowa.
 
DULSKA
wzburzona
Maniu, słyszysz? - będziesz świadkiem. Pani mówi, że...
 
LOKATORKA
Żegnam panią!
 
Wychodzi.
 
SCENA DZIESIĄTA
Dulska, Juliasiewiczowa.
 
DULSKA
wściekła
A to!... a to... takie coś, takie...
 
JULIASIEWICZOWA
Niechże się ciocia uspokoi.
 
DULSKA
Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała w lecie jechać do Karlsbadu i tam sztrudel pić!
 
JULIASIEWICZOWA
Ja z ciocią pojadę.
 
DULSKA
Obejdzie się.
 
JULIASIEWICZOWA
O cóż poszło? Zdaje mi się, że to lokatorka z parteru, ta co się truła.
 
DULSKA
Tak, tak... ta sama. Wyszła ze szpitala. Skandal! Przecież po czymś podobnym trzymać ją w kamienicy nie mogę. Sama byłaś świadkiem. Jak ją wynosili, to była prawie naga. Horrendum! Wymówiłam jej mieszkanie.
 
JULIASIEWICZOWA
Tak? A to się dobrze składa. Nam właśnie podwyższyli. My chętnie to mieszkanie weźmiemy.
 
DULSKA
Obejdzie się!
 
JULIASIEWICZOWA
Przecież mogłaby to ciocia zrobić dla nas, jako dla krewnych.
 
DULSKA
Za ciężkie czasy na zbytki.
 
JULIASIEWICZOWA
Rozumiem. Ciocia przypuszcza, że nie będziemy płacili.
 
DULSKA
Ja tam nic nie przypuszczam. Tylko wiem, że żyjecie nad stan.
 
JULIASIEWICZOWA
No, no!
 
DULSKA
Chodzicie do teatru. (surowo) I to na same masowe sztuki.
 
JULIASIEWICZOWA
Trudno przecież...
 
DULSKA
Prenumerujecie pisma...
 
JULIASIEWICZOWA
To już ciocia daruje, ale...
 
DULSKA
Ja zawsze pożyczę i wystarcza. Nie pożyczę, to się świat nie zawali, że tam drukowanych bajd nie będę czytała. Przyjmujecie gorącą kolacją...
 
JULIASIEWICZOWA
To konieczne.
 
DULSKA
Ha! No, jak konieczne, to się nie skarż, że ci nie wystarcza.
 
JULIASIEWICZOWA
Nie możemy żyć jak...
 
DULSKA
ironicznie
Jak my? Zobaczymy, jak będziecie śpiewali na starość. Ja i Felicjan mamy inne pod tym względem zasady.
 
JULIASIEWICZOWA
Mój mąż nie umie się oszczędzać, ja także.
 
DULSKA
Skoro miałaś takie usposobienie, trzeba było iść za tego aptekarza z Bóbrki, co się o ciebie starał. Namawiałam cię.
 
JULIASIEWICZOWA
Przecież on rok temu umarł na suchoty.
 
DULSKA
Właśnie! Miałabyś kamienicę i byłabyś wdową.
 
JULIASIEWICZOWA
O!...
 
DULSKA
Nie ma co: „o!...”, byt zabezpieczony to podstawa życia. A co do męża, można go uchodzić. Pensję zabierać, gdy zafasuje - co dzień dwie szóstki na kawę do łapy, a cygara samej kupować i suszyć na piecu. Inaczej taki pan może cię zrujnować.
 
SCENA JEDENASTA
Zbyszko, Dulska, Juliasiewiczowa
 
ZBYSZKO
Taki terkot, że spać nie można.
 
DULSKA
Tym lepiej. Pójdziesz może do biura.
 
ZBYSZKO
E!... (do Juliasiewiczowej) Jak się masz, stara?
 
JULIASIEWICZOWA
Jak się masz, pokrako!
 
ZBYSZKO
patrzy w lustro, potem do Juliasiewiczowej
Bardzom zielony?
 
JULIASIEWICZOWA
Cóż to, oświadczasz się dzisiaj?
 
ZBYSZKO
Także! Tylko ten stary, no wiesz, radca, będzie znów na mnie zgniłym okiem patrzał. A tam fury kawałków, fury!
 
DULSKA
Zalegaj! zalegaj!
 
ZBYSZKO
To nie ja zalegam, ale strony.
Opiera się o piec i grzeje.
 
DULSKA
zdejmuje szlafrok i zostaje w spódnicy i kaftanie
Darujesz, moja droga, ale będę ścierać kurze, więc muszę oszczędzać szlafroka.
 
JULIASIEWICZOWA
Ale proszę, niech się ciocia nie krępuje.
Dulska ściera kurze i z furią od czasu do czasu patrzy na Zbyszka.
 
ZBYSZKO
To mama naprawdę wyrzuca tę, co się otruła, z kamienicy?
 
DULSKA
A tobie co do tego?
 
ZBYSZKO
Tak słyszałem piąte przez dziesiąte. Byłem zbudowany mamusinym serduszkiem... Potem... ona mi jest bardzo sympatyczna, ta kobieta.
 
DULSKA
Zupełnie wierze. Szkandalistka.
 
ZBYSZKO
Zrobiła to z miłości dla męża. To w guście mamy. Miłość małżeńska.
 
DULSKA
Aha, prawda była - za tym mężem. Ja tam w tę miłość nie wierzę. Szumi jedwabiami pod spodem.
 
ZBYSZKO
Cóż to dowodzi?
 
DULSKA
To, że nie jest uczciwa kobieta. Dla męża, mój panie, kobieta się nie potrzebuje pod spodem stroić. A takie, co szumią, to...
 
ZBYSZKO
do Juliasiewiczowej
Siedźże spokojnie, bo i ty szumisz. A zresztą co do tej z parteru, to ja ręczę, że uczciwa.
 
DULSKA
A ty skąd wiesz?
 
ZBYSZKO
obojętnie
Bom się do niej brał i dostałem po nosie.
 
DULSKA
Mógłbyś też zostawić choćby lokatorki w spokoju. Usuń się! jak długo będziesz sterczał tu pod piecem! (z pasją) Gdy patrzę na ciebie, to chwilami wierzyć mi się nie chce, że jesteś moim dzieckiem.
 
ZBYSZKO
No, jeśli mama ma wątpliwości...
 
DULSKA
do Juliasiewiczowej
Powiadam ci, nie miej nigdy dzieci.
 
JULIASIEWICZOWA
O, my się nie staramy o to.
 
DULSKA
do Zbyszka
Nie, ty jesteś wyrodek, ty nie jesteś moim synem.
 
ZBYSZKO
Jestem, mamciu! Jestem, niestety, i to właśnie cała moja tragedia...
Idzie do fortepianu i stojąc zaczyna grać bardzo wprawnie.
 
DULSKA
Słyszałaś? Mówi: „niestety”.
 
ZBYSZKO
Spodziewam się. Być Dulskim - to katastrofa.
 
JULIASIEWICZOWA
Doprawdy, Zbyszko, zanadto sobie pozwalasz.
 
ZBYSZKO
Daj ty mi spokój!
 
DULSKA
do Juliasiewiczowej
Żadnej moralności, żadnych zasad...
 
ZBYSZKO
Żadnego płaszczyka teoretycznego - jak mamcia.
 
DULSKA
To się na tym skończy, że jeszcze do socjalistów przystanie.
 
ZBYSZKO
zamykając fortepian
Za głupi jestem na to.
 
JULIASIEWICZOWA
śmiejąc się.
Na socjalistę nie trzeba zdawać egzaminu.
 
ZBYSZKO
Właśnie, że trzeba, i to najtrudniejszy egzamin.
 
JULIASIEWICZOWA
Przed kim?
 
ZBYSZKO
Przed swym sumieniem i własną duszą, słodki aniele.
 
DULSKA
Na socjalistę nie trzeba mieć przede wszystkim Boga w sercu.
 
ZBYSZKO
Jest!... Dawno nie było mowy o Bogu w tym domu.
 
SCENA DWUNASTA
Ciż sami, Hanka.
 
HANKA
z kuchni
Proszę wielmożnej pani, parasol.
 
DULSKA
Postaw w przedpokoju, a potem idź, zamieć przedpokój. Czy kucharka wróciła?
 
HANKA
wraca z przedpokoju, idzie do kuchni
Już.
 
DULSKA
Ja tylko na chwileczkę...
Wybiega do kuchni.
 
JULIASIEWICZOWA
do Zbyszka
Rzeczywiście ciocia ma rację. Mógłbyś się trochę ustatkować. Wyglądasz jak śmierć angielska.
 
ZBYSZKO
Ty także ładnie wyglądasz.
 
JULIASIEWICZOWA
Ja? Ja wczoraj z domu nie wychodziłam.
 
ZBYSZKO
To znaczy, że ja się lumpowałem za domem, a ty w domu.
 
JULIASIEWICZOWA
śmiejąc się
Jesteś niemożliwy.
 
ZBYSZKO
Jak kiedy.
 
Hanka przechodzi przez pokój z łopatką i ze szczotką. Zbyszko patrzy za nią.
 
JULIASIEWICZOWA
do Zbyszka
Cóż tak patrzysz za Hanką?
 
ZBYSZKO
Bo mi się podoba.
 
JULIASIEWICZOWA
Sługa?
 
ZBYSZKO
A cóż to, nie kobieta? Zaręczam ci, że nawet bardzo...
 
JULIASIEWICZOWA
Wiesz już coś o tym?
 
ZBYSZKO
Co ci do tego.
 
JULIASIEWICZOWA
Myślałam, że masz gust wykwintniejszy.
 
ZBYSZKO
Głupia jesteś z twoją kołtuńską estetyką. A zresztą, ja jestem jak pianista: gdy zobaczy fortepian, musi zaraz pasaż...
 
JULIASIEWICZOWA
Tak, ale fortepianu nie...
 
ZBYSZKO
Moja droga, każda kobieta to fortepian - tylko trzeba umieć grać. Ach! Jaki ja śpiący...
 
JULIASIEWICZOWA
Czego ty po tych knajpach się włóczysz?
 
ZBYSZKO
A gdzież się będę włóczył? Gdzieś muszę.
 
JULIASIEWICZOWA
Ja na twoim miejscu starałabym się o jaką znajomość... solidną... No... tyle mężatek... co? Boże!
 
ZBYSZKO
Dziękuję. Mam dosyć kołtunerii w domu i w... samym sobie.
 
JULIASIEWICZOWA
Dlaczegóż jesteś kołtunem?
 
ZBYSZKO
Bom się urodził po kołtuńsku, aniele! Bo w łonie matki już nim byłem, bo żebym skórę zdarł z siebie, mam tam pod spodem w duszy całą warstwę kołtunerii, której nic wyplenić nie zdoła. Coś, taki nowy, taki inny, walczy z tym podstawowym, szarpie się, ciska. Ale ja wiem, że to do czasu, że ten kołtun rodzinny weźmie mnie za łeb, że przyjdzie czas, gdy ja będę Felicjanem, będę odbierał czynsze, będę... no... Dulskim, pra-Dulskim, ober-Dulskim, że będę rodził Dulskich, całe legiony Dulskich, będę miał srebrne wesele i porządny nagrobek, z dala od samobójców. I nie będę zielony, ale nalany tłuszczem i nalany teoriami, i będę mówił dużo o Bogu.
Urywa, idzie do fortepianu i gra nerwowo.
 
JULIASIEWICZOWA
podchodzi za nim
Z kołtuństwa można się wyswobodzić.
 
ZBYSZKO
Nieprawda! Tobie się zdaje, że jesteś wyzwolona, bo masz trochę politury po wierzchu. Ale ty jesteś tylko zrobiona na mahoń, jak twoje secesyjne meble i twoje malowane włosy. To jest piętno... pani radczyni... piętno!
 
JULIASIEWICZOWA
grając z nim jedną ręką
Czy ty się uczyłeś grać?
 
ZBYSZKO
Ja? Nie znam ani jednej nuty. To tak we mnie coś gra, we mnie tłucze się takie coś... ale to się wszystko z czasem zatłucze, e... co tam! (obejmuje ją) Wiesz co... jesteś wcale... wcale...
 
JULIASIEWICZOWA
śmiejąc się
Dajże mnie spokój!
 
ZBYSZKO
śmieje się
Pasaże, moja droga... pasaże...
 
Hanka przechodzi przez pokój i rzuca ponure spojrzenie nich oboje, wchodzi do kuchni.
 
JULIASIEWICZOWA
patrzy za nią uważnie
A wiesz, to ciekawe.
 
ZBYSZKO
Co takiego?
 
JULIASIEWICZOWA
Ta dziewczyna. Gdybyś widział, jak ona na nas popatrzyła! Ja na twoim miejscu...
 
ZBYSZKO
Ja też, jak będę miał czas...
 
JULIASIEWICZOWA
Nie rozumiesz mnie. Ja bym się właśnie daleko od niej trzymała.
 
ZBYSZKO
E!
 
JULIASIEWICZOWA
Jest zazdrosna, będzie ci robić awantury.
 
ZBYSZKO
To by było kapitalne!
 
SCENA TRZYNASTA
Ciż sami, Dulska.
 
DULSKA
do Zbyszka
Jeszcze jesteś tutaj? Czy ci nie wstyd? Ojciec twój pracuje, ja pracuję, siostry...
 
ZBYSZKO
idzie do przedpokoju, bierze palto, kapelusz; wraca i ubiera się
Mamciu, mamciu, czy się pracuje, czy nie, to wszystko idzie do jednego celu...
 
DULSKA
Nieprawda, my ludzie pracy, a próżniacy... to..
 
ZBYSZKO
A przecież i my, i wy jednako...
 
DULSKA
Co? co?
 
ZBYSZKO
Wyciągniemy kopytka... Pa! (do Juliasiewiczowej) Pa, lalu!
Wychodzi.
 
SCENA CZTERNASTA
Dulska, Juliasiewiczowa, Hanka.
 
DULSKA
Straszne rzeczy, straszne... Słyszałaś, jak on mówi! A to najgorsze, że taki zdolny, taki utalentowany! Ta żeby chciał, to przed nim kariera - no... ale nie chce, nie chce... Zaraz dadzą drugie śniadanie! Nie chce, mówię ci... nie, nie. Tylko lumpuje i lumpuje. Jak weźmie te parę reńskich w biurze, tak ginie. I jak to wygląda!... Nic, tylko kawiarnie i spódnice.
Hanka wnosi tacę z wódką, serem i zakąską.
Proszę cię, moja droga!
 
JULIASIEWICZOWA
Dziękuję cioci (Siadają do jedzenia.) On jest jakiś podrażniony, niezadowolniony...
 
DULSKA
z wybuchem
Czy on sam wie, czego chce! Powinien Bogu dziękować, prosty, zdrów... Za twoje... (pije kieliszeczek) Hanka, idź posprzątaj u panicza.
Hanka wychodzi.
 
JULIASIEWICZOWA
patrzy za nią
Kontenta ciocia z Hanki?
 
DULSKA
Tak sobie.
 
JULIASIEWICZOWA
cicho
Niech ją ciocia odprawi.
 
DULSKA
A to... czemu?
 
JULIASIEWICZOWA
Ja coś dostrzegłam.
 
DULSKA
Kradnie?
 
JULIASIEWICZOWA
Nie, gorzej...
 
DULSKA
No, no!
 
JULIASIEWICZOWA
Zdaje mi się, że Zbyszko się do niej bierze.
 
DULSKA
niechętnie
E... to...
 
JULIASIEWICZOWA
Wiem, co mówię. Niech ciocia ją odprawi, póki czas.
 
DULSKA
Moja kochana, pewnie ci się zdawało... A potem... (patrząc w bok) wobec tego, co się dzieje, że niby... no... rozumiesz... to piwo, co szumi.
 
JULIASIEWICZOWA
A!
 
DULSKA
Słowem, że rozumiesz...
 
JULIASIEWICZOWA
Lepiej w domu?
 
DULSKA
Ja nie mówię... ale...
 
JULIASIEWICZOWA
A wie ciocia, może ciocia ma rację...
Chwila milczenia. Przez scenę przechodzi w milczeniu Hanka i znika w kuchni. Obie panie patrzą za nią.
Trzeba jednak przyznać, że mężczyźni mają szczególny gust.
 
DULSKA
A, niech tam! Byle się nie włóczył i nie tracił zdrowia... Trzeba być matką, aby zrozumieć, jaki to ból patrzeć, jak syn marnieje.
 
JULIASIEWICZOWA
Dziękuję! Ale żeby ona potem...
 
DULSKA
Ona? Także! Będzie kontenta... to takie wszystko bez czci i wiary. Pokażę ci tok, co sobie kazałam przerobić.
Idzie do przedpokoju, wraca z tokiem z fiołków i białych piór, kładzie go na głowę, co przy kaftanie barchanowym i halce wywołuje dziwny efekt.
Dobrze?
 
JULIASIEWICZOWA
Wcale! Wcale...
 
DULSKA
w toku
Muszę się oszczędzać... przerabiam stare łachy.
 
JULIASIEWICZOWA
No, na cioci wszystko się dobrze wyda. Czy ciocia w tym roku podwyższa?
 
DULSKA
Spodziewam się! Muszę! Wszyscy podwyższają. Pokażę ci szpeiscetel.
 
JULIASIEWICZOWA
No, no!...
 
DULSKA
Wydobywa z szufladki papier, opiera się o stół, obie z zajęciem pochylają się nad papierem.
Suteryny całe w rumel o dwadzieścia. Do sieni wstawię magle.
 
JULIASIEWICZOWA
Ciasno... Zęby sobie powybijają.
 
DULSKA
To mi wszystko jedno. Ja tamtędy nigdy nie chodzę. Oba partery po pięć, pierwsze piętro, kokocica, o dziesięć...
 
JULIASIEWICZOWA
Kokocica? To za mało. Ja bym podwyższyła co najmniej o dwadzieścia.
 
DULSKA
Tak myślisz?
 
JULIASIEWICZOWA
śmieje się
Naturalnie... ma pieniądze, lekko jej przychodzą... niech płaci.
 
DULSKA
rozjaśniona
Niech płaci...
 
JULIASIEWICZOWA
śmiejąc się
Niech płaci!
 
DULSKA
A więc - kokotka o dwadzieścia, radca o dziesięć... drugie piętro...
Obie zacietrzewione, pochylone nad stołem, czytają. Kurtyna wolno spada.